chybasnisz
- Czyli zaprosił cię na święta, tak? – Julian rzucił w kąt wypełnioną książkami teczkę. Po chwili w pokoju rozległ się głuchy odgłos sterty scenariuszy opadających na biurko. Yuta zamknął za sobą drzwi, wchodząc do pokoju za chłopakiem.
- Tak, zaprosił mnie na święta – mruknął, odkładając futerał ze skrzypcami i siadając na miękkim, okrągłym dywanie. Ile by teraz dał za papierosa albo za to, by nie czuć w skroniach gorąca i bólu nadchodzącej nieubłaganie gorączki. Zwłaszcza, gdy tak bardzo potrzebował nieco zdrowego rozsądku i sprawnie funkcjonującego umysłu.
- Co mam zrobić, hm? Zresztą, oficjalnie się już zgodziłem – Yuta oparł obolałe plecy o brzeg łóżka, wyciągnął przed siebie nogi. Chwilę później Julian usiadł obok, odpinając pierwsze guziki swojej koszuli.
- Przesrane. Chyba wiesz, że zabiera cię tylko po to, by zaciągnąć cię do łóżka? – zerknął kątem oka na przyjaciela. – Chociaż z drugiej strony… Cóż albo Brian, albo urocza kolacyjka z rodziną. Ja wyjeżdżam w jakieś idiotycznie dalekie góry.
Yuta milczał, bawiąc się guzikami koszuli, wpatrywał się w biel bawełny, rozmyślając nad słowami Juliana. Oczywiście, że zdawał sobie z tego sprawę, właściwie to była jego pierwsza myśl po tym, gdy padła propozycja. Z drugiej strony było to dość ujmujące jak bardzo Brian się stara i jak wiele jest w stanie zrobić dla, tak naprawdę, prostej rzeczy.
- Wiem. Wiem również, że jeśli pojadę to Jeanette prawdopodobnie się wszystkiego domyśli – młodszy chłopak odetchnął cicho. Podrapał się po głowie, jakby miało mu to pomóc myśleć. – Wiem, że jeśli pojadę i… No to pewnie będzie koniec.
- Jeanette już się domyśliła Yuta, to mądra dziewczyna. Myślę, że wie już od dłuższego czasu, ale jeszcze nie dopuszcza tego do świadomości – Julian wstał, przeciągając się. Zaczął porządkować nieboski bałagan na biurku. Mimo to słuchał cały czas przyjaciela, zerkając na niego raz po raz i szeleszcząc papierami.
- Julian… Dlaczego ani ja, ani ty nie rozważamy takiej możliwości, że Brian naprawdę się we mnie zakochał, hm? Że mu zależy? – spytał cicho Yuta. Wlepił wzrok w mały, okrągły guzik, nie odważając się spojrzeć na Juliana. Ten zaś uśmiechnął się delikatnie, nieco pobłażliwie. Pogładził delikatnie jego włosy, odgarniając kosmyki z gorącego czoła.
- Bo powiedział już raz co powiedział, prawda? Chyba nie chcesz bym ci to przypominał? – westchnął cicho, siadając na łóżku i wciąż bawiąc się włosami Yuty. Chłopak odwrócił nieco głowę w przeciwną stronę.
- Brian może myśleć, że się zakochał, ale dobrze wiesz kochanie, że tacy faceci jak on nie zostawiają mądrych miss piękności dla takich chłopców jak ty – wyszeptał w odpowiedzi Julian, całując płatek ucha Yuty. Jasnowłosy chłopak nawet nie drgnął, wpatrując się uparcie w nocną szafkę przyjaciela, po chwili skinął jednak głową.
- W takim razie co mam robić według ciebie? – Yuta przerwał zalegającą ciszę, wstał dość energicznie, rozprostowując na sobie ubranie. Julian uśmiechnął się lekko.
- Daj mu to czego chce, ciesz się tym, co masz, będzie trwało dopóki ma trwać, a jak się skończy to wróć do mnie – również wstał, spojrzał nieco z góry na Yutę. – Powtórzymy noc po balu, hm? Było miło.
Młodszy chłopak skrzywił się nieco, przypominając sobie ze wstydem minioną noc. Był zły, rozgoryczony, wręcz wściekły i chciał dopiec Brian. A przede wszystkim był pijany, lecz nie dość pijany, by kompletnie zapomnieć. Na samo wspomnienie czuł pełną goryczy gulę, która rosła i niekomfortowo zapychała mu gardło.
- Dlaczego wszyscy myślą tylko o ciele? Czy ja naprawdę jestem tylko własną powłoką? – odburknął ze złością, zabierając swój futerał i torbę. Julian rozłożył ramiona w teatralnym geście.
- A czym innym niby jesteśmy? Tylko ciało i krew, prawie nikt nie sięga dalej – oznajmił ze stoickim spokojem. Yuta uznał, że nie będzie psuł efektu i wyszedł bez słowa, za to wyraźnie i z wyczuciem dramaturgii trzasnął drzwiami.
***
Minął tydzień nim Yuta pozbył się kataru i gorączki, nie czuł się jeszcze w pełni zdrowy, ale przynajmniej Brian nie patrzył na niego, jakby zaraz miał zemdleć. Dla świętego spokoju zgodził się codziennie brać witaminę C i nie zapominać szalika, w takich chwilach poważnie zastanawiał się dlaczego jedzie na święta z Brianem, a nie do własnej rodziny. Chociaż prawdę mówiąc Yuta nie mógł sobie przypomnieć, by macocha zwracała kiedykolwiek uwagę na jego stan zdrowia, jego brat zaś nadrabiał jej braki aż z nawiązką.
Właśnie obaj kończyli się pakować, jasnowłosy chłopak z trudem wepchnął do walizki ulubiony wełniany sweter.
- Mam nadzieję, że moja siostra nie będzie się hiperwentylować przez całe święta przez twoją obecność – mruknął Brian, przypominając sobie ostatnie spotkanie i nieszczęsny pocałunek w kuchni. Yuta wzruszył zaledwie ramionami, zestawiając walizkę z łóżka na podłogę.
- I liczę na to, że moja matka nie wpadnie na genialny pomysł oddzielnej sypialni dla ciebie – Brian był już tuż za nim, obejmując go od tyłu i całując jego skroń. Chłopak delikatnie ujął jego dłonie i zdjął je ze swoich bioder.
- Jeśli zapraszasz mnie tylko w jednym celu, to masz moje pozwolenie, by przelecieć mnie tu i teraz i oszczędzić nam obojgu reszty cyrku – Yuta odsunął nieznacznie. Nie spojrzał na Briana, lecz potrafił sobie doskonale wyobrazić jaką musiał mieć minę. Milczeli obaj chwilę, dłonie ciemnowłosego chłopaka zawisły w powietrzu. To była ostatnia odpowiedź, której by się spodziewał.
- No cóż… Byłoby to trochę niegrzeczne i niezręczne z mojej strony, gdybym przystał na twoją propozycję. Chociaż czuję, że mogę tego żałować – odpowiedział, uśmiechając się lekko i starając się brzmieć zabawnie. Yuta jednak najwyraźniej nie był w nastroju do żartów. Zaczął obwiązywać się długim szalikiem. Nadal milczał, nie oglądając na Briana. Czuł jednak jak serce tłucze mu się w piersi, jak nerwowo uderza o żebra, kiedy on w myślach powtarza sobie by się uspokoić i prosi Briana by coś dodał, by zniszczył jego podejrzenia. On jednak znów zbliżył się do niego, znów spróbował go objąć, najpierw nieporadnie, potem nieco pewniej.
- Nie myśl o tym i nie martw się, ok? Są święta, zabieram cię, byś się dobrze bawił – mruknął, całując policzek Yuty. – Oczywiście, jeśli będzie szansa byśmy momentami bawili się wspólnie to się nie obrażę. Poza tym wolę mieć na oku, coś za często przebywasz z Julianem – dodał. Odsunął się, wziął swoją wypchaną po brzegi walizkę i rzeczy Yuty, wystawił je za drzwi pokoju. Przed szkołą czekała już na nich taksówka.
- Może skoro spędzamy razem święta, a ty znany jesteś z dobrego gustu, to może w tym roku choinka w moim domu nie będzie wyglądała jak koszmar z odpustu – Brian uśmiechnął się lekko, zamykając drzwi na klucz, gdy Yuta już wyszedł. Chłopak skinął zaledwie głową, chciał w to wierzyć, naprawdę chciał.
- Nie twoja sprawa. Poza tym co to za termometr? – mruknął niezadowolony Yuta, wyjmując spod pachy szklany termometr. Zerknął na skalę, a potem pomachał nim.
- Na rtęć, tylko taki mieli. Ej! Bo strząśniesz! Ile miałeś? – Brian wyrwał mu prędko termometr i sprawdził ile kresek wskazał. Lepiej niż wcześniej, temperatura spadła do 37,5 stopni.
Ciemnowłosy spojrzał na współlokatora. Yuta miał nadal wypieki na policzkach, siedział w swoim łóżku otulony szczelnie kołdrą. Opierał się o stertę poduszek zgromadzoną przez Briana chyba ze wszystkich pokoi. Obecnie widać było tylko górę jego błękitnej piżamy w brązowo-białą kratkę, rozczochrane włosy i skupioną na jedzeniu twarz. Drewniana taca zastawiona była świeżymi croissantami, miseczkami z dżemem, dwoma jogurtami, miską ciepłego mleka z płatkami i gorącą czekoladą. Stał również kubek z wrzątek do rozpuszczenia lekarstw, których dostał cały worek od nadopiekuńczej pielęgniarki. Yuta odmówił przyjęcia połowy z nich, po zapoznaniu się z każdą z ulotek.
- A od kiedy ty jesteś lekarzem, co? Powinieneś wziąć, co kazała nasza Piguła – odezwał się Brian, wysypując pudełka z lekarstwami na kołdrę i szukających tych właściwych.
- Wystarczy, że przeczytam ulotki, połowa z nich ma takie same działanie. Poza tym to zwykłe przeziębienie, a nie rak, nie potrzebuję tyle lekarstw – odparł Yuta, przeżuwając w spokoju croissanta. Spojrzał na Briana znad kubka czekolady.
- Jeśli ty masz siły, by czytać te wszystkie ulotki to jesteś chyba zdrowszy ode mnie – mruknął zrezygnowany chłopak, rozcierając brwi. Chory Yuta był jeszcze gorszy niż zdrowy Yuta. Był uroczy, wczoraj, przez chwilę, w nocy. Był uroczy, gdy miał gorączkę i niczego nie kojarzył, gdy przytulał się do niego, gdy kładł rozgrzane czoło na jego nagiej piersi, gdy owiewał oddechem jego szyję, gdy kosmyki jego włosów przyklei się do zarumienionych policzków. Wtedy był uroczy. Teraz był po prostu sobą.
- Jezu, Brian, przecież wiesz, że nie lubię dżemów – Yuta przerwał jego rozmyślania kolejnymi narzekaniami.
- Yuta…? – Brian wstał, poprawiając na sobie marynarkę i koszulę. On nie dostał zwolnienia z powodu choroby, za chwilę zaczynały się lekcje.
- No? – odparł chłopak, spoglądając w górę na współlokatora i upijając trochę czekolady.
- Pamiętasz może o co cię wczoraj spytałem? – zaczął Brian, poprawiając sobie krawat, by dla niepoznaki zająć czymś ręce. Zerknął niepewnie na Yutę.
- No nie! Oświadczyłeś się mi, a ja nic nie pamiętam?! – spytał chłopak, prostując się nagle i wlepiając szeroko otwarte oczy w Briana. Jednak na widok miny współlokatora opadł na poduszki i uśmiechnął się zaledwie kącikiem ust. – Pamiętam. I myślę, że nie jest to głupi pomysł. Jeanette jedzie?
Gdyby Brian teraz cokolwiek pił zapewne by się zakrztusił.
- Nie! Oczywiście, że nie. Moja mama chyba nie byłaby zachwycona taką sytuacją, wtedy wszystko stałoby się oficjalne, a ona woli wersję swojego synka bawiącego się z kolegą w Play Station – odparł spokojnie Brian, poprawiając odruchowo kołdrę na chłopaku i zabierając mu pustą tacę. Zostawił tylko wodę na lekarstwa. Yuta uśmiechnął się lekko, obserwując go. Uniósł nieco brwi.
- Play Station mówisz? To tak to się teraz nazywa, hm? – spytał, wyciskając na dłoń kolejne tabletki. Kątem oka zauważył jak Brian zarumienił się lekko, odchrząknął i podrapał się po głowie w zakłopotaniu.
- Tak…To może ja już pójdę… Y… Przyjdę na długiej przerwie, przyniosę ci obiad – powiedział, złapał teczkę i wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi. Tak, Play Station. Czasem tęsknił za czasami kiedy wszystko było tak proste.
***
Chłopak usiadł wygodnie na parapecie, zdejmując z ramienia ciężką torbę. Tuż obok zajął miejsce James, który wykonywał dokładnie te same ruchy. Korytarz był wypełniony po brzegi, rzeka uczniów płynęła i mieszała się ze sobą na skrzyżowaniach i w drzwiach klas. Ławki pod ścianami były już wcześniej zajęte, a jedynym miejscem, gdzie można było przetrwać i zjeść jako, tako spokojnie kanapkę, był parapet. Woźne już przestały walczyć i straszyć uczniów, że kamień oberwie się pod ich ciężarem i bezsprzecznie ich zabije. Argumenty, mówiące o śmiertelnym przypadku wypadnięcia przez okna też odeszły w zapomnienie.
Tak, więc Brian, jak i James mieli całe dwadzieścia minut przerwy na zjedzenie kanapek, złapanie oddechu i posłanie paru zniewalających uśmiechów w stronę dziewczyn.
- Z czym masz? – spytał James, zaglądając pomiędzy złożoną kajzerkę. Odnalazł tam ser, sałatę i salami. Jedna z koleżanek postanowiła przygotować mu drugie śniadanie.
- Z tym, z czym sobie zrobiłem – odparł Brian i ugryzł w spokoju bułkę, wodząc wzrokiem po mijających ich twarzach i czubkach głów.
- Ach… Yuta nie robi ci kanapek? A może Jeanette? – James zerknął na przyjaciela kątem oka, odwijając zwinnie sreberko.
- Odwal się James. Poza tym Yuta jest chory i został dziś w pokoju – Brian spróbował skoncentrować się na jedzeniu, po chwili jednak odetchnął i zapatrzył się w ścianę przed siebie. – Zaprosiłem go do siebie na święta.
- Robisz się z wiekiem coraz bardziej romantyczny, nie możecie tego zrobić tutaj i dać sobie spokój? – westchnął James, przeżuwając spokojnie. Nim zdążył się uchylić, Brian uderzył go dłonią w potylicę.
- Uspokój się i przestań tak mówić, dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Co z ciebie za przyjaciel?! Powinieneś mi poradzić, nie wiem, cokolwiek – burknął Brian, dąsając się i odwracając wzrok. Nie wiedział czy dobrze to rozegrał, czy dobrze, że zaprosił Yutę gdziekolwiek. Znaczy wiedział, że dobrze, że będą razem, ale nie był pewien czy jego dom z jego siostrą w środku jest bezpiecznym miejscem.
James milczał chwilę, jedząc i popijając co chwilę herbatą z butelki.
- Brian… Dobrze wiemy, że o to chodzi, nie oszukuj się i nie rób z siebie jakiegoś cholernego Romea – chłopak zmiął sreberko i wrzucił do torby pomiędzy książki i długopisy. – Yuta to jedna z tysięcy twoich zachcianek, mogę się założyć, że gdy się w końcu z nim prześpisz, to ci się znudzi – powiedział tonem, którego Brian nigdy nie słyszał z ust przyjaciela. Nie był w stanie stwierdzić czy to kwestia jego stoickiego spokoju, jakiegoś żalu, smutku czy rozgoryczenia. Ciemnowłosy przypomniał sobie o kanapce, ugryzł raz i znów zapatrzył się w ścianę. Co mógłby mu odpowiedzieć? Nie mógł powiedzieć Jamesowi co czuł, gdy patrzył na Yutę, co czuł, gdy całował jego skórę, gdy czuł jego zapach, gdy słyszał jego urywany oddech. Nigdy tak nie reagował nawet na Jeanette, nigdy nie zapominał się na lekcji, analizując jej oddechu, przypominając sobie strukturę i gładkość jej ciała. Często zapominał jaki kolor oczu ma Jeanette, ignorował jej słowa tuż po czy też przed. A do teraz pamiętał na swojej dłoni ślad, wysuwającej się z uścisku kostki Yuty, gdy ten mówił mu „nie” i wychodził zapalić.
Tego nie mógł powiedzieć Jamesowi, uznałby to za jego zachciankę, za zboczony pomysł zrodzony z nudy.
- Masz taki wyraz twarzy, że nie chcę wiedzieć o czym myślisz.
Brian ofuknął go tylko, wgryzając się znów w kanapkę i przez chwilę zastanawiając się, czy naprawdę to wszystko było widać na jego twarzy. Oby nie.
- Nie wiem naprawdę jak ci to wytłumaczyć James, myślę, że Yuta jest kimś więcej, kimś… wyjątkowym, kimś – zaczął w końcu, po zaczerpnięciu głębszego oddechu i dokończeniu śniadania. – Yuta… Yuta!
Brian prawie spadł z parapetu, gdy zobaczył, że chłopak właśnie schodzi na korytarz, szedł prosto z dormitoriów. W pełni ubrany, może nieco nieuczesany, z futerałem na skrzypce.
- Ej! Yuta! Co ty tu robisz, wracaj natychmiast do łóżka! – odezwał się, gdy jasnowłosy podszedł, słysząc swoje imię wśród głosów tłumu.
- Wrócę, za jakieś dwie godziny. Teraz mam lekcje – odpowiedział spokojnie, przyglądając się uważnie jednemu, jak i drugiemu. – Poza tym muszę oddać Nathanowi kasę za papierosy, a on sam się chyba do mnie nie pofatyguje – dodał, zakładając wygodniej futerał na ramię.
- A ile miałeś gorączki? Mierzyłeś? Wziąłeś leki? – Brian spytał, ponieważ już nic innego nie mógł zrobić. Dojrzał tylko zdumione spojrzenie Jamesa, który chyba patrzył teraz na niego, jak na własną matkę. Yuta wzruszył ramionami, zabrał do połowy pełną butelkę z wodą Briana i upił nieco.
- Nie, po co mam się stresować? Wziąłem tylko te, które uważam za konieczne. Nawet gdybym miał mieć teraz i sto stopni, to zajęcia są sprawą priorytetową – chłopak rozejrzał się wokół, jakby szukając znajomych twarzy w tłumie. Na jego policzkach wciąż tkwiły niezdrowe rumieńce, na czole perliły się kropelki potu.
- No dobra, to ja spadam. Będę… No jakoś później będę – Yuta postanowił zatrzymać wodę. – Aha! I nie sprowadzaj Jeanette, to byłoby trochę nieładne z twojej strony zwłaszcza po tym zaproszeniu, prawda? Poza tym nie pościeliłem łóżka – dodał i nie czekając na odpowiedź, odszedł mieszając się w tłum. Zauważyli tylko jak macha im ręką, odwrócony plecami. Yute znów poprawił futerał i zniknął, chwilę później, obok jego głowy zajaśniała głowa Juliana, który spieszył się na równoległe zajęcia aktorskie.
- Że co mówiłeś Bri? Wyjątkowy, czy jak…?
- Zamknij się – odburknął tylko Brian, zsuwając się z parapetu i pakując swoje rzeczy. Yuta był wyjątkowy. Był wyjątkowy w tym jak schodził ze schodów, jak poprawiał w futerał. W tym, że miał futerał, że miał ciężki i futerał i gorączkę, że ledwo trzymał się na nogach. I poszedł grać, chociaż obaj wiedzieli, że ręce będą mu drżeć podczas gry. Yuta był wyjątkowy. Dla niego skrzypce nigdy nie były zbyt ciężkie, a on zbyt chory by z nich zrezygnował.
